Ekologia schodzi w Ameryce na drugi plan

Jeśli Kalifornia zawiesi ambitne plany ograniczenia emisji spalin, będzie to klęska ruchu ekologicznego w USA. Pokonają go koncerny naftowe, bieda i bracia Koch. Charles i David Koch, dwaj miliarderzy z Kansas, wyszli z cienia – a raczej zostali z niego wyciągnięci siłą – kilka tygodni temu po głośnym artykule w „New Yorkerze”. Zostali opisani jako dyskretni i zręczni sponsorzy skrajnie konserwatywnego, populistycznego ruchu Tea Party, który już wywołał trzęsienie ziemi na amerykańskiej scenie politycznej.

Tea Party skupia buntowników z Partii Republikańskiej, którzy obiecują przewietrzenie salonów w Waszyngtonie, a demokratycznego prezydenta Baracka Obama mają za skrajnie niebezpiecznego, zakamuflowanego socjalistę.

Dotąd politolodzy uważali, że bunt był całkowicie spontaniczny – wywołała go m.in. kontrowersyjna decyzja Obamy o wpompowaniu miliardów budżetowych dolarów w chylące się ku upadkowi banki i koncerny. „New Yorker” twierdzi jednak, że bracia Koch latami cierpliwie tworzyli sieć konserwatywnych fundacji i ośrodków analitycznych, dyskretnie sponsorowali swoich ulubieńców i promowali własne idee. I to wszystko przyniosło wreszcie eksplozję w postaci Partii Herbacianej.

Eksperci sponsorowani przez braci Koch twierdzili m.in., że groźba ocieplenia klimatu Ziemi, wynikająca z rosnącej emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych, jest przesadzona lub nawet w ogóle wymyślona przez lobby ekologiczne. Teraz ci sami eksperci przeszli do ofensywy w Kalifornii, której mieszkańcy tradycyjnie sprzyjali ruchom proekologicznym.

3 listopada w referendum Kalifornijczycy zdecydują, czy zawiesić ambitne prawo o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych podpisane cztery lata temu przez gubernatora Arnolda Schwarzeneggera. Przewiduje ono, że do 2020 r. Kalifornia obniży emisję dwutlenku węgla do poziomu z 1990 r., czyli o blisko jedną czwartą. Prawo to stan przyjął niejako na przekór Waszyngtonowi, który za czasów prezydentury George’a Busha ignorował postulaty ekologów.

Jak pisze „New York Times”, bracia Koch właśnie przekazali na kampanię przed referendum milion dolarów i zapowiadają, że to nie koniec. Są w tej sprawie niejako stroną, bo ogromny majątek ich rodziny powstał m.in. w branży naftowej. Ponad 7 mln dol. dorzuciły inne koncerny naftowe, które alarmują, że utrzymanie ograniczeń oznacza ogromne koszty dla stanu i utratę wielu miejsc pracy.

Tymczasem bezrobocie w Kalifornii przekroczyło już 12,3 proc. (jest zatem prawie o trzy punkty procentowe wyższe niż w całym kraju). Poddana pod referendum poprawka zakłada, że ekologiczne prawo zostanie zawieszone do czasu, kiedy bezrobocie spadnie do poziomu 5,5 proc. Praktycznie oznaczałoby to, że prawo nie wejdzie w życie nigdy, bo tak niski poziom bezrobocia w Kalifornii osiągnęło tylko trzy razy w ostatnich 40 latach, i to na krótko.

Znawcy tematu uważają, że w Kalifornii rozgrywa się właśnie decydująca bitwa o to, jaki model przyjmie amerykańska gospodarka: proekologiczny czy ignorujący zagrożenia dla środowiska. Sondaże wskazują, że opinia publiczna jest podzielona i wynik referendum jest niepewny.

– Zielona rewolucja na świecie jest faktem – uważa Thomas F. Steyer, szef fundacji Farallon Capital Management z San Francisco, która wyłożyła 2,5 mln dol. na promowanie stanowiska ekologów. – Jeśli nie będziemy dość uważni, ta rewolucja może ominąć USA.

Ale czas i okoliczności ekologom nie sprzyjają. Wczoraj amerykański urząd statystyczny ogłosił, że już ponad 44 mln ludzi, czyli co siódmy Amerykanin, żyje poniżej poziomu ubóstwa (czyli poniżej 22 tys. dolarów rocznie dla czteroosobowej rodziny). To najwięcej od 16 lat.

41 mln Amerykanów korzysta z bezpłatnej pomocy żywnościowej. Nędza dotyka bardziej dzieci niż dorosłych – w biedzie żyje co piąte dziecko.

– Nie czas teraz na poprawność polityczną – oponuje Dan Logue, republikanin z Kalifornii, który był jednym z inicjatorów referendum. – Najpierw trzeba dać Amerykanom pracę, a ekologiczne eksperymenty odłożymy na później…

Źródło: gazeta.pl